niedziela, 22 września 2013

Zielone oczy września.

Powiadam, nie ma niczego lepszego w życiu dorosłego człowieka niż wycieczka do ZOO. Tylko tam można się poczuć jak dziecko, z beztroskim śmiechem latać po brukowanych uliczkach i oglądać z entuzjazmem zwierzęta.

No może nie do końca tak było. Bo trafiliśmy na dzień kiedy w sumie wszystkie wyglądały jakby miały wszystko absolutnie gdzieś, pogrążone w zdecydowanie NIEzabawowym nastroju albo leżały, albo już spały, albo w ogóle ich nie było. Większość "eksponatów" patrzyło się tylko na tych głupkowatych ludzi istnie zaćpanymi oczami, z wyrazem ogólnej irytacji i rozleniwienia, odliczając minuty do następnej pory karmienia. Dla przykładu zamieszczone niżej zdjęcie tygrysa jest zdjęciem tekturowego modelu a nie żywego egzemplarza jako że ten drugi leżał w najgęstszych możliwych zaroślach prezentując jedynie skrawek swojego tygrysiego karku.

Do ekscytujących rzeczy można zaliczyć jedynie żyrafę na wyciągnięcie ręki i jedzące szympanse z - kolokwialnie mówiąc- wywalonymi na wierzch tyłkami. No i surykatki-plażowiczki pod lampami solarnymi.
Chociaż (o dziwo!) nie padało, jak to zwykło od przeszło tygodnia, był przyjemny, jesienny już chłodek (pretekst by włożyć mój ukochany płaszcz trenczowy). Tu również przestrzegam, żeby do zoo ubierać raczej buty na płaskiej podeszwie - chyba że jest z Tobą ktoś jest równie współczujący jak Jaś i bierze Cię na barana w krytycznej chwili.

No i oczywiście podsumowując - nic nie przebije spędzanie calutkiego dnia z tym rozśmieszającym non stop chłopakiem przyjechałym tylko na chwilę, na sekundę mogłoby się wydawać, tylko po to żeby mnie przytulić, pocałować i wrócić do siebie. I kto by tu nie uwielbiał takiego uroczego poświęcenia. Kto by tu nie doceniał zielonych oczu szczęścia.



















poniedziałek, 16 września 2013

Let's make it double.


Nie ma niczego bardziej dramatycznego niż ponowne branie na swoje wątłe barki ciężaru szukania mieszkania, karkołomnej przeprowadzki, aż w końcu wielogodzinnego rozpakowywania pudeł, siatek, walizek…

Tym razem nie przyszło mi tego robić samej ! Z racji na konieczność obcięcia kosztów utrzymania i zabicia wrocławskiej samotności postanowiłyśmy z Angeliką szukać czegoś razem.  I oczywiście po wielu nieudanych próbach, latania po Wrocławiu we wszystkie strony znalazłyśmy cudne lokum przy Alei Pracy (zobowiązująca nazwa ulicy), i umówione na czwartek rano, dumnie stawiłyśmy się pod klatką – ja z walizką, dwiema torbami i plecakiem turystycznym, po całej nocy w pociągu, Angelika – z uroczym Golfem 4 całym załadowanym po brzegi, z ogromnym pluszowym misiem siedzącym dumnie na miejscu pasażera. Beztrosko zadzwoniłam pod numer właściciela mieszkania, oznajmiając mu, że czekamy i jesteśmy gotowe na przekazanie kluczy. Na co on (równie beztrosko) odpowiedział że właśnie wyjechał poza Wrocław i będzie „no powiedzmy” o 11…

Miny nam zrzedły na myśl o 3 godzinach czekania … Zorganizowałyśmy sobie czas dzieląc go na wycieczkę po osiedlu, podróż do Carefoura, załatwienie internetu i kupienie patelni. O godzinie 11 wykonałam następny, już nie tak sympatyczny telefon i usłyszałam: „Sukces!! Wyjechałem! Będę za półtorej godziny! No w porywach do dwóch! Ale co, martwi się Pani?! Niech się Pani nie złości! Skąd miałem wiedzieć że będzie Pani rano !?” W ciągu pół minuty tego potoku słownego wybuchły we mnie 3 bomby atomowe, dym buchał z uszu, twarz stała się czerwona ze złości, a po rozłączeniu moje gardło wydało wściekły okrzyk który prawie rozsadził od wnętrza biednego Golfa czwórkę.
Szanownego właściciela zobaczyłyśmy w bramie wjazdowej o godzinie 14:43. Zabrał pieniądze, przekazał klucze. Angelika długo nie czekając  ochoczo zabrała się do prasowania firan, zasłon, obrusów, obrusików, rozkładania rzeczy, ustawiania świeczek, odkurzania.

Moje rzeczy przywiozłyśmy wraz z dwoma miłymi (lubującymi się w alkoholu) panami z ekipy przeprowadzkowej. Dodajmy, że wszystkie rzeczy od Dominika zniosłyśmy na dół bez nich (spóźnienia są wliczone w ten rodzaj pracy przecież…) a Angelika ośmieszyła ich wręcz wrzucając jak leci wszystko do samochodu, łącznie z kanapą którą zaniosła sama, gdy oni opornie podnosili ją we dwójkę.
No i przyszedł więc czas na prasowanie moich zasłonek, czyszczenie potwornie ubrudzonych mebli i układanie tony ciuchów, których (przyznaję) mam zdecydowanie za dużo. Wszystko zostało zwieńczone białym  winem półsłodkim z Lidla i fasolką po bretońsku.